poniedziałek, 12 lutego 2018

"Promyk Słońca" Katarzyna Michalak / RECENZJA PRZEDPREMIEROWA



PROMYK SŁOŃCA

recenzja przedpremierowa


Autor: Katarzyna Michalak
Cykl: Seria Mazurska (tom 2)
Wydawnictwo: ZNAK Literanova

„Promyk Słońca” Katarzyny Michalak to druga część „Gwiazdki z Niebia”. Premiera książki planowana jest na 28 lutego, czyli nastąpi niebawem, na co z pewnością wiele osób czeka z ogromną niecierpliwością. Ja miałam to szczęście zapoznać się z nią odrobinę wcześniej dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Zagubiona wśród mazurskich lasów wioska stała się dla Nataniela spokojną przystanią.
I nie tylko dla niego. To tutaj swój nowy dom znalazła mała Emilka,
tutaj walczą o swoje szczęście inni życiowi rozbitkowie.
Czy Senna stanie się miejscem, gdzie spełniają się marzenia?

Nataniel nie może przestać myśleć o tajemniczej dziewczynie, którą uratował w wigilijną noc. Marta pragnie odbudować relacje z córką, a Mateusz kocha kobietę, która niestety nie jest mu przeznaczona. Wszyscy spalają się w pogoni za tym, czego pragną ich serca, nie wiedząc, że marzenia często spełniają się nie w porę i nie tak, jak to sobie wyobrażamy.
Okazuje się, że szczęście to droga do celu, a nie sam cel. 


„Promyk Słońca” Kasi Michalak zwala z nóg, dlatego jeśli spodziewacie się spokojnej i wyważonej powieści, gdzie wszystko ma swój „happy end” to od razu Wam powiem, że tego nie dostaniecie. 
Niech Was nie zwiedzie delikatny i ciepły tytuł oraz sielankowy charakter okładkowej grafiki.  
W powieści bardzo dużo się dzieje, akcja pędzi do przodu, los zapętla swoje obręcze wokół bohaterów i nie daje im wytchnienia.
Na drodze do spokoju i szczęścia stają bowiem nienawiść i zazdrość. A zawiść z jaką przyjdzie zmierzyć się bohaterom sprawi, że Wasze emocje będą sięgać zenitu. 

Katarzyna Michalak wiedzie swoich bohaterów na manowce życia, nie przebiera w środkach, nie rozwiązuje ich problemów za nich. Wyposaża ich jedynie w dobre serca i wiarę oraz uczciwość wobec innych. 
Czy starczy im sił, do walki z kryzysami? 
Czy będą mieć dość siły, by pokonać niesprawiedliwość losu? 
O tym przekonacie się sięgając po powieść. Gwarantuję Wam, że nie oderwiecie się od niej ani na moment. 
Akcja powieści prowadzi się praktycznie sama i jak to w życiu bywa, gna do przodu nie robiąc przerw na złapanie oddechu.  A to co planujemy, co zamierzamy, do czego dążymy nie zawsze przynosi zamierzone efekty. 

W powieści nie zabrakło jednak ciepła i radości, pomimo wszystkiego co się dzieje. Odrobina czułości i szacunku, mnóstwo przyjaźni i niezawodnego wsparcia. Wiara i nadzieja to wciąż są przewodnie myśli, którymi autorka kreśli ścieżki swoich bohaterów.

Katarzyna Michalak porusza w powieści kwestię problemów w komunikacji rodzinnej pomiędzy rodzicami a dziećmi. Niezrozumienie i konflikty w tej sferze niejednokrotnie przyćmiewają to, co w życiu powinno być najważniejsze. Autorka zauważa, słusznie zresztą, że dziecko wychowane w miłości i otoczone czułą opieką nie zawsze wyrasta na dobrego człowieka. Czasami dzieje się tak, że egoizm bierze górę w człowieku i panoszy się w jego sercu tak długo, że zaczyna psuć go od środka, niszcząc przy okazji wszystko wokół. Autorka pomiędzy linijkami swej powieści ukryła wyjaśnienie, które jest niejako przestrogą dla rodziców, żeby w miłości i czułości do dziecka nie przechylić szali na drugą stronę. Nie ma bowiem nic gorszego niż nadopiekuńczość, która może obrócić się przeciwko dawcy miłości i zbudować podwalinę do egoizmu i roszczeniowej postawy dziecka. Wniosek nasuwa się sam – kochać całym sercem, ale również wymagać i stawiać konsekwentne warunki wspólnego życia.
Jedna z bohaterek powieści nie potrafiła znaleźć tego złotego środka i w efekcie przyniosło jej to mnóstwo cierpienia.

W powieści „Promyk Słońca” znalazłam również źródło ludzkiej zawiści i niegodziwości. Faktycznie jest tak, że w wielu przypadkach biorą się one z tego, iż człowiek który nie osiągnął w swoim życiu żadnego konkretnego celu, nie zmierzył się problemami, przeżył cząstkę życia bazując na innych, przenosi swoje żale i złość na innych i cały świat. Przecież ktoś musi być winny. Tacy ludzie zawsze znajdą sobie kogoś, by obarczyć innych własnymi porażkami i niepowodzeniami, własnym lenistwem i niespełnieniem. Zwykle bywa tak, że Ci co mają za uszami najwięcej, krzyczą najgłośniej. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że niestety takich ludzi jest coraz więcej, w sobie nie widzą niczego złego, nie czują się winni, wręcz uważają się za idealnych. A niszczącą pożogę emocjonalną jaką roztaczają wokół siebie można z pewnością przyrównać do płonącego lasu. Pożar nienawiści nie zna granic i wypala na swej drodze całe dobro.
Autorka podsumowuje to zjawisko w bardzo subtelny acz konkretny sposób. 


„Promyk Słońca” to również powieść niosąca zgoła inne przesłanie. O czym mówią ostatnie stronice.
Autorka z całą pewnością zaskoczy swych czytelników, co osobiście potwierdzam. 
Sama Kasia powiedziała ostatnio, że czytelnicy będą na nią źli. (Filmik dostępny jest na fanapagu Katarzyny Michalak → Filmik z Kasią :) )
Czy ja byłam zła? Nie.
Moja osobista reakcja, wynikała jednak z mojego doświadczenia.
Mimo to, wiele z Was, faktycznie może poczuć złość i rozczarowanie przebiegiem fabuły.
Niezmiennie wszystko to, co się dzieje w powieści, powiedzie czytelników do wyciągania kolejnych istotnych i mądrych wniosków.
Czas to pojęcie względne i niezmierzone. Nie mamy wpływu na jego ilość w naszym życiu.
Dlatego warto jest wziąć sobie do serca to ostatnie przesłanie zawarte w „Promyku Słońca” i zdać sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie niczego przewidzieć.

„Promyk Słońca” Katarzyny Michalak to powieść, którą koniecznie trzeba przeczytać, ponieważ pod zgrabną, dobrze skonstruowaną fabułą oraz pod postaciami, które znane są nam od pierwszej części, autorka ukryła mądrości i prawdy, o których zbyt często zapominamy. Warto jest sobie je przypomnieć i przemyśleć przy okazji tej lektury.

Ja tymczasem niecierpliwie czekam na maj – kiedy to ukaże się trzecia część mazurskiego cyklu pt. "Kropla nadziei" :)


Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki, 
dziękuję serdecznie pani Kasi Michalak oraz Wydawnictwu ZNAK Literanova. 



PS.
Kochani – recenzję tymczasowo „ubrałam” w grafikę, stworzoną na potrzeby przedpremierowej prezentacji. Swoje własne zdjęcia, na które mam nadzieję, czekacie, zamieszczę już po premierze powieści.


Poszukaj na w.bibliotece.pl




"Uśpione królowe" Hanny Greń


UŚPIONE 
 
KRÓLOWE

Autor: Hanna Greń
Seria: Wiślański Cykl (tom 1)
Wydawnictwo: Replika

„Uśpione królowe” Hanny Greń to rozszerzone wydanie pierwszej części cyklu wiślańskiego. Pierwotnie tytuł tej książki brzmiał „ Cień Sprzedawcy Snów”. Nie miałam okazji czytać jej w tej pierwszej wersji, ale „Uśpione królowe” wywarły na mnie duże wrażenie, mimo, że jak wiecie, czytając moje recenzje, za cykl wiślański zabrałam się poczynając od tomu trzeciego poprzez czwarty. Przede mną wciąż lektura tomu drugiego – na co już niecierpliwie czekam.


Sprzedałem jej sen. Cudowny, wieczny sen. Przedtem grzeszyła, teraz śpi szczęśliwa. Odkupienie poprzez cierpienie, sen przez śmierć.
Sprzedawca Snów jest seryjnym zabójcą. Atakuje raz w roku, a jego ofiarami są młode kobiety − do tego stopnia różniące się wyglądem i osobowością, że ich wybór wydaje się zupełnie przypadkowy. Zabija je z niezwykłą brutalnością.

Nadkomisarz Konrad Procner i komisarz Marcin Cieślar próbują rozwikłać zagadkę Sprzedawcy Snów i doprowadzić do jego ujęcia. Niestety nie jest to łatwe, gdyż morderca zdaje się nieuchwytny. Po każdym dokonanym zabójstwie na miejscu zbrodni pozostawia tajemniczy list, który stanowi jedyny trop wiodący do schwytania go. Śledztwo nabiera rozpędu, gdy policjanci poznają dwie niezwykłe kobiety, Zenę i Petrę. Jak się później okazuje, obie panie związane są w jakiś sposób ze sprawą Sprzedawcy Snów…


„Uśpione królowe” Hanny Greń to niesamowicie dobrze napisany kryminał z elementami obyczajówki. Takie połączenie zapewni Wam niezapomniane przeżycia, które powiodą Was przez trudne i zagmatwane ścieżki śledztwa, zagadkowe morderstwa przysłonięte cieniem Sprzedawcy Snów, ale nie zabraknie również wędrówek po drogach zwykłej codzienności. Przyjaźń i miłość, którą w tej powieści znajdziecie, sprawi, że zło czające się gdzieś w zakamarkach ludzkiej psychiki, będzie łatwiejsze do przełknięcia. 

Niezwykle trudna przeszłość Zeny jak i Petry, nie pozwala im o sobie zapomnieć. Szczerze Wam powiem – obie bohaterki – wywołały we mnóstwo podziwu i współczucia. Te dwie postaci są mocno zarysowane w powieści od samego początku, stanowiąc niezaprzeczalny przykład na to, że kobiety potrafią być nad wyraz silnie psychicznie i są w stanie wiele znieść, by przeżyć lub chronić najbliższych.

Jedyną osobą, która mnie w tej części odrobinę podrażniła – był syn Zeny. Dominik czasami bywał nad wyraz dojrzały, a czasami dla odmiany był zbyt infantylny, co w porównaniu z jego wcześniejszą dojrzałością emocjonalną, było dziwnym zestawieniem.
Jest to jednak jedyny minus tej powieści.
W kolejnych częściach wiślańskiego cyklu – Dominik – stał się postacią mocno pozytywną w moim odbiorze.

„Uśpione królowe” wciągają czytelnika w wir niesamowitej akcji kryminalnej, tajemnicy, niewyjaśnionej przeszłości i koligacji rodzinnych tak skomplikowanych, że początkowo są one w ogóle nie zauważalne. Dodatkowym atutem powieści są z pewnością świetne dialogi i towarzyszący im czasami humor lub ironia. Kreacja dorosłych bohaterów również zasługuje na uznanie, tym bardziej, że po przeczytaniu tej części rozjaśniło się w mojej głowie kilka niewiadomych, które nurtowały mnie od jakiegoś czasu. 

Hanna Greń potrafi stworzyć świat, w którym mimo zła istnieje również dobro i uczciwość. I nawet kiedy sytuacja przybiera zgoła beznadziejny przebieg i zdaje się, że wszystko jest już przegrane, to wówczas następuje nagły zwrot w akcji i sprawiedliwości staje się za dość. Autorka daje szansę dobru, by mogło zwyciężyć, by mogło pokonać zło czające się w chorym umyśle mordercy, by winni zostali ukarani. Tym samym po wielu emocjach, obezwładniającym strachu, który przeszywa czytelnika podczas lektury, autorka daje swojemu odbiorcy promień światła, nadzieję, na to że w świecie jest miejsce na dobro. Życie bohaterów zatacza wiele kręgów, a na końcu tego ostatniego czeka ich spokój i ukojenie. Myślę, że taki zabieg Hanna Greń stosuje w swoich powieściach, także i w tej, celowo. Pragnie bowiem, zapewnić nas, że wszyscy będziemy rozliczeni ze swoich czynów. Autorka wręcz krzyczy pomiędzy linijkami, że świat to nie tylko ciemne chmury, krążące nad naszymi głowami, ale również dobro, miłość i przyjaźń, zaufanie i zrozumienie.
A Ci którzy czynią niecnie wobec innych zostaną osądzeni sprawiedliwie, jeśli nie przez wymiar sprawiedliwości to przez los, który zataczając swoje kręgi, oddaje człowiekowi to, co sam niósł innym przez całe życie.


„Uśpione królowe” to książka, którą z czystym sumieniem mogę Wam polecić do przeczytania. Zacznijcie jednak przygodę z wiślańskim cyklem od tej powieści, a nie tak, jak ja na odwyrtkę, ponieważ, dobrze jest znać „co u podstaw”.
Ja z pewnością teraz sięgnę po drugi tom serii, bo tylko ten mi został do przeczytania. Kiedyś wrócę do całości i przeczytam wszystko jeszcze raz od samego początku.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Replika. 


Poszukaj i wypożycz na w.bibliotece.pl

wtorek, 6 lutego 2018

"Wilcze kobiety" Hanny Greń


WILCZE 

KOBIETY

Autor: Hanna Greń
Cykl: Wiślański Cykl (Tom 4)
Wydawnictwo: Replika

„Wilcze kobiety” Hanny Greń to już czwarty tom wiślańskiego cyklu, który swoją premierę miał zaledwie kilka dni temu tj. 30 stycznia br. Po „Wilcze kobiety” sięgnęłam z wypiekami na twarzy i podekscytowanym drżeniem serca, zwłaszcza, że byłam świeżo po lekturze trzeciego tomu, który otulił mnie ciemnością i niedosytem tak mocno, że nie było innego wyjścia.

Wilki zniknęły tak nagle, jakby rozwiały się w powietrzu, i gdyby nie ślady łap, wyraźnie widoczne na gładkiej powierzchni śniegu, gotowa by uznać ich widok za halucynację.
Komisarz Daniel Laszczak i komisarz Roman Then pracują nad zdekonspirowaniem przestępczej grupy działającej w Bielsku-Białej. Jej szef czeka już w areszcie na rozprawę, jednak dowody, które policjanci zebrali przeciwko niemu, mogą się okazać niewystarczające. Tym bardziej teraz, kiedy jeden z ich głównych świadków został brutalnie zamordowany, a drugi – Una, była kochanka gangstera – zniknął. Co więcej, wszystkie ślady wskazują, że to właśnie Una zamieszana jest w morderstwo – miała motyw oraz okazję do zemsty, kto by z niej nie skorzystał? W dodatku w Wiśle policjanci trafiają na ciało kolejnej ofiary, która przed śmiercią była bestialsko torturowana. Czy zimna, ukrywająca emocje Una naprawdę jest aż tak bezwzględna, aby jeden po drugim pozbywać się tych, którzy jej zagrażają?
Kolejny tom kryminalnego cyklu W Trójkącie Beskidzkim!


„Wilcze kobiety” podobnie jak poprzedni tom, zachwycił mnie kunsztem kryminalnym autorki. Nie miałam czasu na nudę, akcja wartko płynie poprzez szeregi piętrzących się poszlak, śladów i domniemywań. Zasypane śniegiem beskidzkie drogi i brak prądu bynajmniej nie ułatwiają pracy policjantom, a wiele niewiadomych, które autorka zmyślenie poutykała w fabule tworzą fascynującą historię, którą z żalem odkłada się, gdy sen morzy powieki ze zmęczenia.
Napięcie wywoływane coraz to nowymi faktami i zdarzeniami sprawiło, że we śnie krążyłam po ośnieżonym lesie, w którym pojawiły się wilki. Powiem Wam, że tak jak dużo czytam, tak rzadko zdarza mi się przeniesienie fabuły do moich snów, jednak tym razem moja podświadomość dążyła do odkrycia prawdy, nawet kiedy ja nie miałam już na to siły.

„Wilcze kobiety” prócz świetnie skonstruowanej fabuły kryminalnej, ogromu emocji i wrażeń, poszlak, dowodów i mylnych tropów, poruszają też ważne kwestie, między innymi problem skorumpowanych policjantów. Odwaga autorki w tej kwestii zasługuje na mój szacunek, bo świat w którym nam przyszło żyć zamiata problemy zwykle pod dywan i wybiela wiele takich „zbłąkanych owieczek” choć powinny one ujrzeć światło dzienne. Cieszę, się że autorka nie boi się pisać o tym, dzięki temu jeszcze bardziej zyskuje w moich oczach.

Hanna Greń w „Wilczych kobietach” nie zapomniała o ironicznym poczuciu humoru, jak też o wyciszaniu emocji czytelnika poruszając wątki dotyczące prywatnego życia swoich bohaterów. Bardzo mi przypadły do gustu te momenty, już podczas czytania trzeciej części, sprawiły one że bardzo zżyłam się z bohaterami zarówno głównymi jak i pobocznymi. 
Ciekawe kreacje postaci zarówno tych dobrych jak i złych, ich psychologiczne profile oraz wiele faktów z ich przeszłości sprawia, że książka jest przesiąknięta autentycznością, aż do szpiku kości. Co dla mnie jest bardzo ważne. Bardzo lubię poznawać osobowość bohaterów, to daje mi możliwość wyrobienia sobie o postaciach mojego własnego zdania. Podążając za ich emocjami mam okazję przeżywać z nimi troski, strach, obawy ale i radość. 
Myślę, że jeśli ktoś z Was miał okazję czytać poprzednie części to i w tej zauważy, że kobiety w powieściach Hanny Greń są kobietami silnymi, walecznymi. One nie są idealne, nie mają nadludzkiej siły. One mają po prostu charakter, noszą w sobie siłę, która pozwala im wstać i iść dalej, nawet jesli wcześniej milion razy upadały pod ciężarem upokorzenia czy strachu. 
W tej części moją uwagę przykuła - Una - bardzo mi się spodobała. Zwłaszcza to w jaki sposób przetrwała trzy lata piekła na ziemi. No ale nie będę Wam tu zdradzać szczegółów. Sami przeczytacie - sami się przekonacie!


„Wilcze kobiety” zaprowadzą Was na manowce nie jeden raz, pewne tropy będą się przeplatały, wodziły Was za nos, będziecie szczękać zębami z emocji i z zimna podczas poszlakowej zawiei, jaką autorka wprowadziła na karty tej powieści. Narastające napięcie i jego minimalne spadki będą Was męczyć do ostatnich stron. I gwarantuję Wam, że na koniec będziecie ze złości tupać nogami z obawy, że zło nie zostanie ukarane…

Jeśli sięgając po kryminały szukacie adrenaliny, dobrych dialogów, świetnie ujętych relacji międzyludzkich, porządnej intrygi i całego ogromu niewyjaśnionych sprawa także ironicznej dawki humoru i autentyczności świata policyjno – kryminalnego z odrobiną szarej codzienności, to moim zdaniem, koniecznie powinniście sięgnąć po „Wilcze kobiety”.

„Wilcze kobiety” Hanny Greń sprawiły, że nie mam dosyć…
Nie mam pojęcia, czy będzie ciąg dalszy?
Tymczasem z ogromną przyjemnością nadrobię lekturę pierwszego tomu, a potem drugiego, jeśli mi się uda go zdobyć.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Hani Greń oraz Wydawnictwu Replika. 


Poszukaj i wypożycz na w.bibliotece.pl

"Otulone ciemnością" Hanny Greń


OTULONE

CIEMNOŚCIĄ

Autor: Hanna Greń
Cykl: Wiślański Cykl (Tom 3)
Wydawnictwo: Replika

„Otulone ciemnością” Hanny Greń to moje pierwsze spotkanie z tak zwanym wiślańskim cyklem.
Mimo, iż jest to trzeci tom cyklu, bez problemu mogłam go czytać bez znajomości dwóch poprzednich. Książkę wygrałam w jakimś konkursie w zeszłym roku i żałuję, że dopiero teraz po nią sięgnęłam.

W Cieszynie młodzi chłopcy znajdują na brzegu rzeki martwą kobietę. Komisarz Benita Herrera otrzymuje polecenie zajęcia się śledztwem. Już pierwszy rzut oka na zwłoki mówi Benicie, że sprawa nie będzie łatwa, ciało bowiem nakryto białą tkanina, a w złączone jak do modlitwy dłonie zmarłej włożono świecę. Przy denatce znaleziono długi, ciemny włos oraz dwa tajemnicze rysunki. Pierwszy przedstawia klęczących na łące ludzi, drugi łan zboża.
Tropy prowadzą do Aleksandra Podżorskiego, noszącego pseudonim Gojny. Podżorski jest prywatnym przedsiębiorcą z Wisły. Policja uważa go za gangstera, szefa zorganizowanej grupy przestępczej, a jego przedsiębiorstwo za przykrywkę dla ciemnych interesów.

Spotkanie Herrery z Gojnym zostaje zorganizowane przez nadkomisarza Konrada Procnera, komendanta komisariatu w Wiśle. Wcześniej Benita zapoznaje się z wielką ilością informacji o Podżorskim, przez lata zbieranych przez policjantów. Jest zdezorientowana, z notatek tych bowiem wyłania się obraz przyzwoitego człowieka. Wizyta u Podżorskiego skutkuje wyeliminowaniem go z grona podejrzanych. Powoduje także wzajemną fascynację.

Benita z pomocą współpracowników sprawdza inne tropy. Wszystkie okazują się fałszywe. 



„Otulone ciemnością” pochłonęły mnie bez reszty na kilka wieczorów, bowiem akcja książki jest tak wartka i tak wciągająca, że naprawdę trudno mi było się od niej oderwać. Autorka zdecydowanie zawróciła mi w głowie swoim stylem. Wcześniej miałam już styczność z jej twórczością, przy okazji serii „Polowanie na Pliszkę”, jednak tym razem zaskoczyła mnie ogromnie swoim kunsztem kryminalnym. Tworzenie wielowątkowej historii, z ogromem bohaterów jest bardzo trudne, bardzo łatwo w tym wszystkim można się zagubić, jednak Hanna Greń udowodniła mi, że dla niej nie stanowi to żadnego problemu. Prócz wątków kryminalnych prowadzonych spraw, autorka świetnie nakreśliła profile psychologiczne sprawców, za co z pewnością należy jej się wielki ukłon. Uwielbiam kiedy motywy zbrodni nie są jasne, kiedy poszlaki i dowody prowadzą mnie na manowce. To sprawia, że podczas czytania odpływam, dedukuję wraz z bohaterami i szukam sprawcy wraz z nimi. Często wracałam do poprzednich stron, by połączyć fakty, by sprawdzić czy nic mi nie umknęło.
W powieści autorka zawarła też bardzo dużo szczegółów dotyczących życia prywatnego policjantów oraz osób, które mają jakikolwiek związek z prowadzonymi sprawami. Czasami wracała mimochodem do wydarzeń z poprzednich części, co nie wywołało we mnie konsternacji z braku ich znajomości, a jedynie zaciekawiło mnie na tyle – że miałam ochotę po nie sięgnąć natychmiast, by dowiedzieć się więcej. 


„Otulone ciemnością” to świetnie skonstruowany kryminał, który Hanna Greń doskonale ubarwiła ironicznym poczuciem humoru. Widać, że bardzo przyłożyła się do poznania policyjnych procedur, a bardzo realistyczne i żywe dialogi, nadały powieści ogromnie realistycznego wymiaru. 

Hanna Greń wciągnęła mnie całkowicie w świat wiślańskich i cieszyńskich policjantów. Nie zamierzam szybko go opuszczać. Wiele razy podczas lektury miałam wrażenie, że stoję tuż obok, że biorę udział w śledztwie. Wiele razy moje zaskoczenie związane z niewłaściwymi tropami równało się mojemu zachwytowi nad cyklicznym wyciszaniem czytelnika, które autorka opanowała bardzo dobrze. Pijąc czarną kawę wraz z policjantami brałam czynny udział w ich codziennej pracy, a potem wraz z nimi wracałam do domu, gdzie trzeba było zostawić pracę za drzwiami i zająć się zwykłymi problemami dnia powszedniego.

„Otulone ciemnością” niepodważanie zasługują na uwagę czytelników odnajdujących się w literaturze kryminalnej. Uważam, że ogromnym plusem jest fakt, że autorka stawia wysoko poprzeczkę, nie idzie na łatwiznę – nie stosuje miliona brutalnych i krwawych opisów, a mimo to sprawia, że człowiek nie raz i nie dwa zagryza z nerwów wargi czy podgryza skórki przy paznokciach. To bardzo wiele mówi o sposobie pisania autora, przynajmniej w mojej ocenie.
Budowanie napięcia i atmosfery – bez obciekających krwią stron – to bardzo duże osiągnięcie.

Z ogromną ciekawością sięgnę po dwa pierwsze tomy wiślańskiego cyklu jak również po czwarty niedawno wydany tom.

Poszukaj i wypożycz na w.bibliotece.pl

środa, 31 stycznia 2018

"Sir John" Grace Burrowes




Sir John


Autor: Grace Burrowes
Wydawnictwo: Amber

„Sir John” autorstwa Grace Burrowes to grudniowa propozycja lektury od Wydawnictwa Amber.
Romans historyczny – to gatunek literacki, na którym mogę śmiało powiedzieć zjadłam zęby w czasach gdy byłam dużo młodsza niż teraz. Z czasem moje zainteresowania dojrzały i wykiełkowały na tej podwalinie wymaga dość spore jeśli chodzi o literaturę.
Niemniej jednak z sentymentem powracam czasem do powieści osadzonych w dawnych latach – chociaż ostatnio prym w tej kategorii wiodą nasze polskie autorki.

„Sir John” przybył do mnie można by rzec w najlepszym dla siebie momencie – choć dla mnie osobiście to bardzo trudny czas. Ale może właśnie dlatego z chęcią i zupełnie niezobowiązująco wdałam się w romans z tym dżentelmenem.

Oto kolejny »dżentelmen po przejściach«, który za nic nie chce wiązać się z żadną kobietą, w romantycznej powieści mistrzyni zmysłowości”. – „Romantic Times”
Sir John Fanning – dla bliskich Jack – co dzień na sali sądowej staje twarzą w twarz ze zbrodnią, lecz nie boi się niczego… poza wizytą swojej matki. Teraz, przed Bożym Narodzeniem, jej przyjazd właśnie się zbliża. I nie obejdzie się – tego jest pewien – bez prób wyswatania go z kolejną, zdaniem matki najbardziej odpowiednią kandydatką. Jednak sir John stawia zdecydowany opór. Bo po raz pierwszy od lat jego serce bije mocniej dla kobiety...

Madeline Hennessy jest śliczna, inteligentna… i zdaniem matki zupełnie nieodpowiednia na żonę Jacka. Czy rzeczywiście? Jeśli nawet tak mogło by się wydawać, to ze zgoła innych powodów…

Grace Burrowes to autorka bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”, uhonorowana najbardziej prestiżowym wyróżnieniem gatunku: RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara). Ukończyła nauki polityczne, muzykologię i prawo. Porzuciła jednak praktykę prawniczą na rzecz pisania. Jej powieści są w czołówce list bestsellerów Amazonu (często na 1. miejscach) najlepszych romansów z epoki regencji.
 

„Sir John” to lekka i przyjemna lektura, którą odebrałam ze spokojem ducha i wielkim sentymentem, który tkwił we mnie od bardzo dawna. Jak wspomniałam wcześniej, zbyt wiele komplikacji nawarstwiło mi się w moim życiu osobistym, co za tym idzie lektura książek szła mi opornie. Nie mogłam się skupić na żadnej. I któregoś dnia okazało się , że z mojego czytelniczego marazmu wybawił mnie właśnie „Sir John”.

Jest to powieść bardzo prosta fabularnie, o nieskomplikowanej akcji, dlatego czytanie jej nie sprawia trudności, ale i nie wymaga specjalnego zastanawiania się nad treścią. Co akurat mi było bardzo potrzebne i sprawiło, że mogłam oddać się swojemu ulubionemu zajęciu, mimo że kryzys czytelniczy trwał u mnie w najlepsze. Powieść ta nie jest typowym „harlequinem” tak, ze nie obawiajcie się tego :) Jest odrobina tajemnicy, dość sporo humoru i ciekawe dialogi, co warto podkreślić. W ówczesnych czasach mądre i wygadane panny nie miały zbyt wysokich notowań u dżentelmenów. Dlatego lubię w takich romansach, gdy bohaterka potrafi postawić na swoim i Madeline z pewnością mnie nie zawiodła.
Historia jest opowiadana powolnym rytmem, bez specjalnych intryg i knowań, nie brakuje jednak ciekawych momentów i drobnych sekretów, które zostają później wyjawione.


Jeśli potrzebujecie lekkiego oderwania się od rzeczywistości, spokojnego rytmu opowiadanej historii, a także lubicie podróże w czasie do dawnych czasów – to koniecznie zaproście do siebie „Sir Johna”. Ten romans historyczny stanie się dla Was spokojną, ale ciekawą alternatywą na deszczowe wieczory. A myślę, że każdy z nas potrzebuje czasem odrobiny romantyzmu z dawnych lat.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Amber. 




Poszukaj i wypożycz na w.bibliotece.pl

poniedziałek, 29 stycznia 2018

"Znajdź mnie jeszcze raz" Monika Sawicka / Patronat Medialny



ZNAJDŹ 

MNIE 

JESZCZE 

RAZ

Autor: Monika Sawicka
Wydawnictwo: Replika

„Znajdź mnie jeszcze raz” to najnowsza powieść autorstwa Moniki Sawickiej. Jest to również powieść nad którą mój blog objął patronat medialny, z którego jestem niezmiernie dumna.

Podobno wszystkie odpowiedzi są w nas − trzeba tylko zadać 

odpowiednie pytanie, by odmienić swoje życie.

Kobieta przedstawiająca się jako Marylin Monroe – śmiała, czasem kapryśna i niemiła, jednak posiadająca w sobie jakiś magnez, który sprawia, że nie można oderwać od niej oczu.
Marie – trzynastolatka ze spaczonym poglądem na własną seksualność.
Laura – zwariowana młoda dziewczyna, która pragnie cieszyć się życiem. Poszukiwaczka miłości, pragnie jej i ma odwagę o nią walczyć.
Marcin – zbuntowany nastolatek, całkowicie oddany Marie. Przebiegły i bardzo inteligentny, jest również niezwykle niebezpieczny.
Kasia – najmłodsza z nich wszystkich, ma zaledwie pięć lat, ale doświadczenia jej krótkiego życia złamałyby wielu starszych od niej.
Jest jeszcze Mona, która w przedziwny sposób splata historie ich wszystkich.

Temat, który poruszyłam w tej historii, być może będzie dla Ciebie szokujący i sprawi, że gdy dotrzesz z Moną do ostatniej strony, nie będziesz mogła ukryć zdziwienia, zaskoczenia, a na usta zaczną cisnąć Ci się pytania: Ale jak to jest możliwe? Dlaczego? Czy to prawda?
Tak. To prawda.
/M. Sawicka/ 


„Znajdź mnie jeszcze raz” Moniki Sawickiej nie należy do kanonu książek lekkich i łatwych w odbiorze. Zresztą na wstępie sama autorka zwraca się do swojego czytelnika słowami, że jeśli oczekuje po lekturze jedynie samego relaksu, to nie jest to książka dla niego.
Potwierdzam zatem, że powieść Moniki Sawickiej może wywołać spore poruszenie wśród czytelników. Szczegółów zdradzać nie zamierzam, ale dla mnie historia Mony stała się wielkim polem do zastanowienia. Treść książki może szokować, zadziwiać. Wiele osób może odebrać ją z niedowierzaniem, zapewniam jednak, że historia, którą Monika Sawicka porusza w swej powieści jest udokumentowana medycznie.

Autorka w „Znajdź mnie jeszcze raz” prowadzi nas przez skomplikowane historie poszczególnych postaci, które poznajemy kolejno z każdą stroną. Losy bohaterów początkowo wydają się być zupełnie od siebie oddalone, niczym niepowiązane. Ich przeróżne osobiste doświadczenia, reakcje, emocje w nich drzemiące i zmieniające się tak szybko, że czasem trudno nadążyć, uczucia przechodzące ze skrajności w skrajność…Wszyscy Ci bohaterowie Marylin Monroe, Marie, Kasia, Laura i Marcin są zupełnie od siebie odmienne, pozornie nie związane ze sobą...a jednak wszystkie te postaci łączy Mona. To ona jest najważniejsza. Bez niej żadna pozostała postać nie istniałabym.
Są to niezmiernie skomplikowane zależności, które autorka wyjaśnia nam powoli, snując swoją opowieść barwnym i dosadnym językiem.


Kiedy zaczniecie czytać „Znajdź mnie jeszcze raz” może Wam się wydawać, że nic się w tej powieści „kupy” nie trzyma. Niech więc nie zwiodą Was pozory! Czytajcie uważnie i świadomie! Poświęćcie każdej postaci tyle czasu, o ile ona prosi. Nie czytajcie tej powieści pobieżnie, szkoda tracić tego, co w niej najcenniejsze. A najważniejsze w tej powieści jest to, by uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją, że mogą nie być fikcją, że może obok Was żyje ktoś, kto zmaga się z tym samym problemem co Mona.
Miejcie otwarty umysł i chęci do poznawania tego, o czym się nie mówi, bo to że się nie mówi nie znaczy, że problem nie istnieje. On rzeczywiście istnieje.
A może dzięki lekturze będziecie w stanie inaczej spojrzeć na kogoś, kto do tej pory wydawał Wam się jedynie zdziwaczałym sąsiadem pozbawionym „piątej klepki”. Może właśnie po lekturze „Znajdź mnie jeszcze raz” będziecie mogli komuś pomóc zrozumieć samego siebie.

Kiedy ja sama sięgałam po „Znajdź mnie jeszcze raz” po raz pierwszy  – to miałam różne odczucia. Książka wywoływała w mojej głowie zamęt, chwilami męczyłam się bardzo szukając powiązania pomiędzy bohaterami, a nie mogłam go dostrzec. Dopiero później, kiedy zaczynało się wszystko wyjaśniać i wiedziałam już, że moje domysły szły dobrym tropem, chociaż nie tym właściwym, to lektura okazała się być ogromnie przejmująca. Długo nie mogłam dojść do siebie po jej przeczytaniu. Koniecznie musiałam przeczytać ją ponownie, gdyż pewne niuanse jeszcze mnie nurtowały. I tak jak uprzedzała autorka po skończonej lekturze miałam w głowie kalejdoskop pytań: jak to możliwe? Czy mogło tak być? Dlaczego tak się dzieje? Co może być przyczyną tego wszystkiego?
Przydatne okazują się również notatki uzupełniające powieść na samym końcu – one stanowią dopełnienie. Znajdziecie tam stricte fachowe wyjaśnienie problemu opisywanego przez autorkę w powieści.

Polecam „Znajdź mnie jeszcze raz”  wszystkim tym osobom, które nie boją się podejmować trudnych oraz szokujących tematów, trzeba być bowiem emocjonalnie dojrzałym czytelnikiem, by w pełni odkryć piękno tej książki i jej przesłanie.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Monice Sawickiej oraz Wydawnictwu Replika. 

Znajdź i wypożycz na w.bibliotece.pl

czwartek, 25 stycznia 2018

"Szkoła żon" & "Pensjonat marzeń" Magdaleny Witkiewicz


SZKOŁA ŻON 


PENSJONAT MARZEŃ 


Autor: Magdalena Witkiewicz
Seria: Szkoła żon (tom 1 i 2)
Wydawnictwo: FILIA

„Szkoła żon” i "Pensjonat marzeń” Magdaleny Witkiewicz...zwane szumnie erotykami. Ja bym powiedziała o nich inaczej. W dobie wielkiego bum na powieści erotyczne czy new adult – te dwie pozycje autorstwa Magdy kompletnie mi się nie kwalifikują do tej kategorii.
I całe szczęście !!!

Dwie powieści bestsellerowej autorki w jednym tomie! Wydanie specjalne.
Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut.
Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami imprezę rozwodową, kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o nietuzinkowej nazwie…
Lista rzeczy, które ma ze sobą zabrać do „Szkoły żon” ogranicza się do szczoteczki do zębów i jednej pary bielizny.
Julia, która porzuciła wiarę w miłość i w ogóle we wszystko, nie ma już nic więcej do stracenia, decyduje się jechać.
W niesamowitym luksusowym spa, ona i kilka innych, zwyczajnych kobiet, przeżywają przygodę życia.
Zostają tam przez 3 tygodnie, a po powrocie nic nie jest już takie samo…
Już nigdy żaden facet ich nie zostawi.
Po kilku miesiącach bohaterki SZKOŁY ŻON znowu biorą sprawy w swoje ręce. Podupadły hotel położony w samym sercu kaszubskich lasów zamieniają w PENSJONAT MARZEŃ. Czy mimo życiowych przeszkód dadzą sobie radę?
Czy po raz kolejny okaże się, że w kobietach tkwi siła, która pozwala przenosić góry?


„Szkoła żon” oraz „Pensjonat marzeń”, jak dla mnie, tworzą nową kategorię: powieść afrodyzjak. Dlaczego?
Otóż...
„Szkoła żon” oraz „Pensjonat marzeń” są przesycone uwodzicielskim aromatem kadzidełek, fascynującą grą damsko – męską, przyodziane w lekkie sukienki bez bielizny, dają ogromne pole do wyobraźni, a jednocześnie są jak mruczący wulkan emocji. 
Sceny uznawane przez wielu za pikantne – dla nie były pełne zmysłowości, pieszczot, przyjemności...tego wszystkiego o czym marzy skrycie chyba każda kobieta.

Do tego jest to powieść dająca i budująca motywację do działania. 
Magdalena Witkiewicz w tych książkach pisze o zwykłych kobietach jakich teraz wiele. Samotnych, porzuconych, zdradzonych przez mężów, zaniedbanych przez swoje drugie połówki, o kobietach, które nie myślą o sobie, żyją z dnia na dzień, bo każdy poranek oznacza dla ni mniej ni więcej – kierat domowych obowiązków szeroko rozumianych (jeśli wiecie o co mi chodzi). Pisze o kobietach żyjących życiem domowników, zajadających wieczorami słodycze na pocieszenie, pijących lampkę (albo dwie) wina dla otuchy i relaksu, czytających książki, bo tylko tam znajdują tych „prawdziwych takich, orły, sokoły...” - mężczyzn jak z bajki.
Aż wreszcie – i tu bez ogródek – Magdalena napisała o mnie :) jestem w każdej z tych bohaterek (choć są chwile, kiedy mam jeszcze gorzej niż one), Jestem w Julce, Jagodzie, Michalinie, Marcie, Agnieszce…


„Szkoła żon” i „Pensjonat marzeń” pozwoliły mi siebie zobaczyć trochę inaczej niż kiedy patrzę na siebie w lustrze. Spojrzałam na siebie oczami tych kobiet, bohaterek powieści...wiele razy zastanawiałam się co by mi powiedziały, gdybym była razem z nimi. Już wiem. Ale to akurat pozostanie już moją tajemnicą do realizacji na najbliższe miesiące, może nawet lata.

Jedno wiem na pewno – Magdalena Witkiewicz – nie napisała erotyka. Napisała pełną zmysłowości powieść (w sumie dwie), które mają ogromne podłoże psychologiczne.
Owszem można ją potraktować jako lekką lekturę na wolne popołudnie, ale moim zdaniem szkoda zmarnować taki potencjał.
Prawda kryjąca się w powieściach, jest niby oczywista – wierzyć w siebie i walczyć o siebie! No tak...ale nie to jest sednem. Duszą tych dwóch powieści jest moment, w którym to my – kobiety – zaczniemy postrzegać siebie inaczej. Inaczej kiedy patrzymy w lustro! Inaczej bo przez pryzmat własnych pragnień, chęci i marzeń! Kiedy porzucimy stateczną rolę, którą same sobie obrałyśmy, albo życie dla nas wykreowało – zobaczymy coś więcej niż praczkę, sprzątaczkę, żonę w kapciach, podającą mężusiowi obiadek i piorąca jego (...wiadomo co!…).
Moim zdaniem autorka chciała bardzo uświadomić nam kobietom – że jesteśmy kobietami!
Niezależnie od tego co na co dzień robimy – jesteśmy kobietami. Istotami, które mają pragnienia, marzenia, aspiracje, które chcą być szanowane, podziwiane, zauważane, doceniane.

Ktoś powie – no pewnie! Jeszcze czego? Może czerwony dywan rozłożyć przed jaśnie damą?

Nie o to chodzi!
Naprawdę, nam kobietom niewiele trzeba byśmy się tak czuły. Tylko w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. A Magdalena Witkiewicz w „Szkole żon” i w „Pensjonacie marzeń” głośno krzyczy o tym, że nie zawsze dwoje musi chcieć naraz! Czasem wystarczy żebyśmy to my bardzo tego chciały i nie pozwoliły się źle traktować.


Dodam jeszcze, że obie powieści czyta się szalenie szybko, aż żałowałam, że to już koniec…
Nie zabrakło akcentów humorystycznych, które dodały powieściom „spojrzenia z przymrużeniem oka” i wprawiły mnie w naprawdę wesoły nastrój.
Myślę, że to odpowiednia lektura dla każdej z nas – chociaż ucieszyłabym się gdyby przeczytała ją chociaż co drugi facet...Dużo by to dało! A jakie byłyby efekty :) 

A więc czytajcie! 
Idźcie na spacer i przytulajcie się do brzozy! 
Brzoza to dobre drzewo - wyciąga złą energię! Spróbujcie!! 


Poszukaj i wypożycz na  w.bibliotece.pl